Wykorzystujemy pliki cookies.
Polityka Prywatności      
ROZUMIEM

WILKI Z SONFJÄLLET

Dawno, dawno temu, wilki z Sonfjället zaatakowały człowieka wiozącego saniami duży ładunek kubłów i kadzi. Był to mieszkaniec Hede, wioski położonej kilka mil powyżej miejsca, gdzie wydarzyła się ta historia. Wilki spostrzegły sanie, gdy te jechały po lodzie na rzece Ljusnan i natychmiast ruszyły za nimi w pogoń. Było ich osiem może dziesięć, a człowiek na saniach wiedział, że nie ma najlepszego konia. Zdawał sobie sprawę, że ma małe szanse, by ujść z życiem.

Gdy słyszał rozlegające się za saniami coraz głośniejsze wilcze wycie, tracił zmysły ze strachu i nie potrafił nawet pomyśleć, że może zrzucić z sań cały, ciężki ładunek. Sanie byłyby wtedy dużo lżejsze. Strzelał tylko z bata i poganiał konia. Ten pędził szybko jak nigdy, ale mimo to wilki były coraz bliżej. Wokół nie było żywego ducha i człowiek na saniach czuł, że wybiła jego ostatnia godzina.

Gdy tak pędził w przerażeniu, zobaczył, że przed nim, między choinkami powtykanymi w śnieg dla oznaczenia drogi, coś się porusza. Wtedy dosłownie skamieniał ze strachu.

Jednak to nie były wilki. To była stara Finnen-Malin, żebraczka, która włóczyła się stale po okolicy. Zawsze kuśtykała idąc i miała też garb na plecach – rozpoznał ją z daleka.

Kobieta szła prosto na biegnące bestie. Człowiek na saniach błyskawicznie uświadomił sobie, że jeżeli przejedzie obok, nie zabierając jej, to wilki rozszarpią ją za kilka chwil. On jednak zyska wtedy bezcenny czas, który pozwoli mu uciec. Widział, jak kobieta idzie powoli, podpierając się laską. Ale jeżeli nawet zatrzyma się i weźmie ją na sanie, to i tak nie ma dla niej ratunku. W tym wypadku wilki rozszarpią całą trójkę: ich oboje i konia.  Właśnie wtedy przyszło mu do głowy pytanie, czy nie lepiej jedno życie poświęcić, a dwa inne uratować?

Odpowiedź nie była jednak taka oczywista, zaraz pomyślał co będzie dalej. Jak będzie mógł żyć wyrzutami sumienia, po tym jak nie pomógł starej Finnen-Malin. Ludzie też mogą później coś podejrzewać.

W ciągu kilu sekund w jego sumieniu wybuchła prawdziwa wojna – „Najlepiej byłoby, gdybym jej wcale nie spotkał.”

W tym momencie wilki wydobyły z siebie dziki, krwiożerczy odgłos. Koń rzucił się przed siebie jeszcze szybciej i przemknął obok kobiety. Ona też usłyszała to wilcze zawodzenie i z wyrazu twarzy można było odczytać, że wie już, co ją czeka. Człowiek na saniach dokładnie to zobaczył – stała nieruchomo z otwartymi ustami a wyciągnięte ręce prosiły o pomoc. Nie spróbowała nawet rzucić się na sanie, stała jak posąg.

„Musiałem wyglądać jak zły duch, przejeżdżając obok” – pomyślał. Spróbował jednak od razu poczuć się lepiej ze świadomością, że ocaleje. Nie czuł się jednak lepiej, poczuł się dużo gorzej. Przecież nigdy jeszcze nie zrobił nikomu nic złego, a to co teraz się wydarzyło, bardzo wiele zmienia. „Niech się dzieje, co chce!” – wykrzyknął. Nie bez problemu zatrzymał konia i zawrócił sanie – „Przecież nie zostawię jej samej na pożarcie”.

„Siadaj szybko do sań!” – rzucił wrogo, był bowiem również wściekły na samego siebie, że to robi. „Byłoby lepiej, gdybyś została w domu, a nie plątała się po nocy, zimą, stara wiedźmo! Teraz razem z koniem zginiemy tu przez ciebie!”

Kobieta nie odpowiedziała ani słowem a ten krzyczał dalej: „Koń przebiegł właśnie kilka mil i zaraz osłabnie, a sanie są teraz jeszcze cięższe.”

Płozy szorowały mocno o lód, a mimo to biegnące wilki słychać było coraz wyraźniej. „To koniec!” – krzyknął – „Ani mnie ani tobie nie wyjdzie to na dobre, Finnen-Malin!”

Kobieta milczała dotychczas, jak ktoś przyzwyczajony do wyzwisk, lecz wreszcie się odezwała: „Nie rozumiem dlaczego nie zrzucisz ładunku, sanie będą lżejsze, a ty jutro spokojnie po wszystko przyjedziesz.”

To była mądra rada. Dlaczego nie wpadł na to wcześniej? Był zdumiony. Przekazał szybko kobiecie lejce i zaczął wyrzucać kubły. Wilki były już bardzo blisko, ale zatrzymywały się na chwilę przy spadających z sań przedmiotach. Dzięki temu uciekający zyskiwali kolejne sekundy.

„Jeżeli to nie pomoże, zeskoczę z sań, żebyś mógł uciec” – powiedziała Finnen-Malin.

Gdy to mówiła, zaczynał właśnie przesuwać na tył sań wielką kadź. Nagle zatrzymał się, bo w jego głowie zakołatała pewna myśl: „Przecież koń i mężczyzna, którym nic nie brakuje, nie mogą dać się pożreć wilkom z powodu starej kobiety. Musi być jakiś ratunek, tylko jeszcze nie wpadłem na to, jaki!”

Zaczął przesuwać kadź dalej i nagle wybuchnął głośnym śmiechem. Kobieta przeraziła się, że zwariował, a on śmiał się z siebie. Wiedział już, co robić!

„Uważaj teraz, Malin” – zaczął – „Dobrze, że to powiedziałaś, że zeskoczysz z sań. Ale na szczęście nie będzie to potrzebne. To ja zeskoczę, a ty pojedziesz dalej i sprowadzisz pomoc. Obudzisz ludzi i powiesz, że jestem tu na lodzie sam z wilkami.”

Poczekał aż bestie znowu się zbliżą, zepchnął kadź, zeskoczył i szybko schował się pod nią. To była wielka kadź browarniana, zrobiona po to, żeby pomieścić cały zapas piwa na Święta. Wilki otoczyły ją, gryzły, próbowały przesunąć, unieść, ale była za ciężka. Nie mogły nic zrobić, człowiek w środku był bezpieczny.

Zaczął śmiać się znowu, ale nagle spoważniał i powiedział do siebie: „Jeżeli jeszcze kiedyś znajdę się w trudnym położeniu, pomyślę o tej kadzi i o całej przygodzie z wilkami. Zawsze musi być jakieś wyjście, które nikogo nie krzywdzi.”

„Die Wölfe von Sonfjället”, Selma Lagerlöf, tłumaczenie MM

Dodaj komentarz