Wykorzystujemy pliki cookies.
Polityka Prywatności      
ROZUMIEM

KILKA RAD OJCA GRANDE

Był rok 1991. Odwiedziłem Zakon Bonifratrów w Łodzi, żeby napisać o ich działalności ziołoleczniczej. O zakonnikach zrobiło się wtedy głośno, bo przyjeżdżali do nich po pomoc ludzie z całej Polski.

   Tekst ukazał się w „Kobiecie i Życiu” 27 listopada 1991 (NR.48/2109). Z przyjemnością umieszczamy go na blogu z dwóch powodów – po pierwsze, żeby wspomnieć nieżyjącego już Ojca Jana Grande (prywatnie Jerzy Majewski), który wyleczył ziołami wielu chorych. Drugim powodem jest fakt, że tekst, mimo, że minęło 30 lat, jest nadal bardzo aktualny.

ZDROWYM BYĆ, NIE LECZĄC SIĘ

Od 375 lat na ziemiach polskich bonifratrzy posługują ludziom chorym. Są jedynymi lekarzami, którzy nigdy nie zaniechali naturalnego leczenia. Bracia zakonni w innych krajach, prowadzący bardzo nowoczesne ośrodki medycyny konwencjonalnej, nie mogą zrozumieć działalności ziołoleczniczej bonifratrów z Łodzi. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu w pomoc ludziom chorym i skutecznym metodom leczenia, do księży „na Chojnach” zjeżdżają dziś tłumy z całego kraju.

  W poczekalni pacjenci tłoczą się przed trzema gabinetami oraz przed okienkiem, w którym wydaje się ziołowe preparaty. Na drzwiach każdego z gabinetów wisi lista z kilkudziesięcioma nazwiskami. Wszystkie te osoby przyjęte będą jednego dnia. Podszedłem do grupki kobiet, żywo o czymś dyskutujących. Okazało się, że przed chwilą, jeden z ojców-lekarzy wygłosił pogadankę. Później dowiedziałem się, że chodzi tu o oszczędność czasu „żeby nie mówić tego samego każdemu z osobna”. Co wywołało takie poruszenie? Tematem prelekcji był „wpływ właściwego żywienia na stan zdrowia i konieczność poprawienia jadłospisów rodzinnych”.

   „Teraz już wiem, czemu kości tak mi się rozłażą” – rzucił starszy mężczyzna, przysłuchujący się dyskusji kobiet.

   Wspólnymi siłami udało się odtworzyć najciekawsze zalecenia.

   Ziemniaki przed obraniem należy porządnie umyć z ziemi, kurzu i innych zanieczyszczeń. Obierać bardzo cienko, bo pod skórką znajduje się najwięcej cennych składników. Obrane lekko spłukać, pokroić w jednakowe kawałki i włożyć do obszernego garnka dodając 1 łyżkę masła, 1 szklankę mleka, kilka ziarenek kminku, 2 rozcięte w różyczkę cebule i szczyptę soli. Gotować na średnim ogniu i pilnować, żeby ziemniaki były tylko lekko zakryte wywarem. Po ugotowaniu odcedzić wywar do dzbanka, nigdy do zlewu, dodać szklankę gotowanego, zimnego mleka i drobno posiekaną zieleninkę. Ten bardzo dobry i zdrowy napój podać na stół albo wlać do zupy. Ziemniaki na półmisku oprószyć szczypiorkiem.

Drugą ciekawostką kulinarną był przepis na pieczone buraki.

   Buraki jednakowej wielkości, dobrze umyte ułożyć na polewanej blasze lub patelni i piec w piekarniku jak jabłka. Można je następnie przechowywać w chłodnym miejscu i w razie potrzeby wykorzystywać w kuchni.

   Oczyszczony ze skóry burak utrzeć na grubej tarce, dodać drobno posiekaną cebulę, kminek, sól, pieprz i olej. Jest to świetna przystawka do mięsa ułatwiająca trawienie.

   Utarty burak włożyć do przegotowanej, zimnej lub gorącej wody, dodać roztarty z solą ząbek czosnku, trochę soku z cytryny i cukru. 1 łyżkę oleju sojowego i w ciągu krótkiego czasu mamy gotowy, kolorowy i pachnący barszcz do ziemniaków lub uszek z grzybami.

   Przy zaparciach: oczyszczony, pieczony burak utrzeć na tarce od ziemniaków, dodać 1 łyżkę mielonego kminku, łyżkę oleju, szczyptę soli i zjeść na czczo. Po kilku dniach reguluje się zupełnie wypróżnienie, znosząc wzdęcia i uciski w jamie brzusznej.

   Ogólnie powiedzieć można, że pacjenci namawiani byli do powrotu do tradycyjnej, prostej kuchni naszych pradziadów. Do kaszy gryczanej, regulującej krążenie i wzmacniającej kości; do tradycyjnej kapusty z grochem, będącej kiedyś źródłem energii dla pracujących w polu i do innych zapomnianych potraw, które zapewniały naszym pradziadom kondycję i zdrowe zęby do późnej starości.

   Postanowiłem poczekać na następną „pogawędkę”. Miałem szczęście. Po chwili otworzyły się drzwi, wyszedł z nich energiczny, postawny zakonnik, jak się później okazało – Ojciec Jan Grande. Stanął pomiędzy czekającymi i rozpoczął wykład:

   „Muszą panie zwracać większą uwagę na żywienie swojej rodziny. Stare przysłowie mówi: Kto co zjada, takie zdrowie posiada, a przysłowie ludowe: Co baba ugotuje, tak się jej chłop czuje. Przechodząc koło księgarni zawsze zwróćcie uwagę na książki pani Gumowskiej. Kupujcie jej książki, bogate w treść, dostępnie pisane, dla każdej osoby, z wykształceniem czy bez wykształcenia.

   Wyżywienie powinno być urozmaicone, nie tylko rosół, schabowy i tradycyjne polskie kompoty. Posiłki powinny być podobne do tych, jakie spożywały nasze prababki. Wtedy zaczniecie samoczynnie wracać do zdrowia.

   Te polskie rosoły, wygotowywane tłuszcze nasycone wiążą się z cukrami i są bezpośrednią przyczyną powstawania cholesterolu. A przecież można gotować jarzyny i zupy z kminkiem, majerankiem i różnego rodzaju przyprawami. Przeżyłem 7 lat na Syberii wśród Kirgizów, Mongołów, Tadżyków, gdzie choć podstawą pożywienia była tłusta baranina, to jednak nie było tam chorych na sklerozę. Azjaci nie znali bowiem cukru. Również obecnie żyją 15-20 lat dłużej. Gdybyśmy mogli otrzymywać cukier nie rafinowany, żółty, gruboziarnisty, zawierający ogromną masę magnezu, żelaza, kobaltu, nie byłby on dla organizmu tak zabójczy, jak cukier krystaliczny.

   Sól jest również wypłukana z wszelkich życiodajnych substancji. Ileż to trzeba stracić pieniędzy, żeby tę sól wybielić. I po co? Wystarczy posolić ogórki solą wielicką, będą twarde, bez bakterii, a ogórki posolone solą warzoną, często po dwóch tygodniach są do wyrzucenia. Podobnie z mięsem, proszę posypać solą białą i czarną i po godzinie zwrócić uwagę, jak ono wygląda.

   Radziłbym również, żeby panie przy obróbce mięsa, każdy kawałek porządnie rozbiły na stolnicy, ładnie uformowały, obtoczyły w gruboziarnistej mące i ubitym na talerzu jajku, bez żadnego dodatku soli i pieprzu. Położony na patelni na gorący olej taki usmażony na złoty kolor kotlet, ma iść od razu z patelni na talerz, nie może być ponownie odgrzewany. Na talerzu możemy posypać go leciutko pieprzem i solą i dodać łyżkę albo dwie zeszklonej na oleju cebuli, dostarczając wielu cennych składników.

   Mięsa nie wolno rozgotowywać. Powinno ono posiadać wyczuwalną twardziznę, żeby można było gryźć, a nie, żeby rozpływało się w ustach. Takie rozgotowane mięso jest trzykrotnie trudniejsze do strawienia niż niedogotowane. Podsumowując należy powiedzieć, że mięso jest potrzebne dla organizmu, ale nie w takich ilościach, w jakich jadają je Polacy.

   W naszym jadłospisie powinno być bardzo dużo kasz, przede wszystkim przebogatej w krzem i rutynę kaszy gryczanej. Nie wiem, czemu kaszę jaglaną na przykład, daje się kurczętom a nie dzieciom. Zapomnieliśmy również o dyni, tej pospolitej, dużej dyni. To jest kopalnia drogocennych składników żywieniowych. Kiedyś była ona aż do Bożego Narodzenia podstawą wielu potraw. Dynię gotowano z zacierkami, smażono z niej placki, roztartą dynię dodawano do chleba, robiono wyśmienite dżemy.

   Powinniśmy jadać bardzo dużo jarzyn. Kiedyś zajmowały one 60 % jadłospisu, dzisiaj niespełna 5%. Zimą w polskich domach króluje kiszona kapusta, niestety, wypłukana ze wszystkiego. To co w niej drogocenne, zostaje wylane, bo była za kwaśna. Jeżeli była za kwaśna, to należało w oddzielnym garnuszku ugotować 5-10 dużych marchwi i włożyć do tej kwaśnej kapusty. Po 10 minutach nadkwasota będzie złagodzona”.

   Po intensywnym dniu pracy Ojciec Jan Grande znalazł jeszcze chwilę na rozmowę. Poprosiłem o podsumowanie; zapytałem o filozofię leczenia Braci Bonifratrów.

   „Przede wszystkim chodzi o zabezpieczenie organizmu przed agresją choroby i zahamowanie stanów zapalnych, poprzez podawanie ziół. Pouczamy pacjenta, jak ma się regenerować, przez wyrównanie niedoboru biopierwiastków, mikroelementów i witamin. Zwracamy dużą uwagę na higienę ciała i w ogóle na higienę życia. Każdy ma nieprzebrane możliwości samoobrony, ale siły te marnujemy wskutek niewłaściwego pielęgnowania ciała i dostarczania niewłaściwego paliwa, którym ono żyje.

   Jeżeli ktoś potrafi postawić psychicznie człowieka na nogi, pobudzić w nim chęć obrony i jeszcze dostarczyć brakujących mikroelementów to można, dodatkowo stosując współczesne środki medyczne, wypowiedzieć wojnę każdemu schorzeniu. Chory zaczyna wtedy produkować przeciwciała i broni się doskonale. Podanie ziół oczyszcza miąższ wątroby, filtry nerkowe, przyczynia się do tego, że cały organizm oczyszcza się z wszelkich toksyn, wynikających nie tylko z choroby, ale także z różnego rodzaju zatruć środowiskowych.

   Nagminne chodzenie do lekarza jest zjawiskiem ostatnich lat. Dawniej w każdym domu wisiały miotły z ziół, a każda gospodyni umiała z nich zrobić użytek. Ja jestem bardzo nieszczęśliwy, gdy spacerując widzę, że wszędzie pełno jest drogocennych ziół, których nikt nie zbiera. Kiedyś widziałem stare lotnisko, zarośnięte ogromną ilością kocanki. Jest to idealny lek przeciwzapalny, na wszelkie kłopoty z wątrobą. Wystarczy po tłustym obiedzie zaparzyć troszeczkę majeranku, tymianku i kocanki, a nie będzie problemów trawiennych.

   W naszej pracy z chorymi unikamy specjalizacji, przygotowani jesteśmy do nadzoru nad całym organizmem. Bazujemy na już ustalonych przez lekarzy diagnozach. Pacjent przynosi wszystkie posiadane wyniki i szpitalne karty informacyjne. Nasza działalność to w dużej mierze szeroko pojęta profilaktyka i szkoda, że większość naszych pacjentów to przypadki, w których medycyna konwencjonalna już złożyła broń.”   

Maciej Miszkiel, 1991

Obraz FOODISM360 z Unsplash

Dodaj komentarz