Wykorzystujemy pliki cookies.
Polityka Prywatności      
ROZUMIEM

Dom rodzinny

Ojciec kupił gospodarstwo – dom razem z polem i sadem. Pewnego wiosennego ranka, gdy drzewa tonęły w kwiatach, jechaliśmy tam z całym naszym dobytkiem. Wszystko było załadowane na wozie a my, dzieci, siedzieliśmy na samej górze. Musieliśmy bardzo uważać, żeby kwitnące gałęzie drzew, pod którymi przejeżdżaliśmy nie strąciły nas na ziemię.  To była wyjątkowa wyprawa.

Gdy przybyliśmy na miejsce, zastaliśmy tam wielkie zamieszanie. Dawny właściciel razem ze swoimi ludźmi, był właśnie w trakcie wynoszenia wszystkiego w wielkim pośpiechu. Żeby zrobić nam miejsce biegano jak podczas pożaru ze stołami, szafami, beczkami i całym pozostałym sprzętem domowym.

Przyglądałem się temu wszystkiemu z dziecięcą ciekawością i nawet wszedłem do domu, żeby nic z tej akcji mi nie umknęło. Wtedy zobaczyłem w głównej izbie coś, co sprawiło, że o wszystkim innym od razu zapomniałem. Stary człowiek siedział na ławce przy piecu i rzewnie płakał. Duże łzy płynęły mu po policzkach i wpływały w białą jak śnieg brodę, jakby chowając się ze wstydu. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałem. Stałem w milczeniu i bałem się nawet poruszyć, żeby starzec nie zorientował się, że go widzę.  Jednak on nie zwracał na nic uwagi, tylko płakał.

Gdy wszystko było wyniesione i załadowane, podszedł do starca jego syn i rzucił szorstkim głosem: „No dobra ojciec, teraz musimy już iść!”

Starzec ocknął się, jakby wyrwany ze snu, przez dłuższą chwilę rozglądał się jeszcze i wyszedł niepewnym krokiem. „Strzeż Panie mojego domu przed wodą ogniem i piorunem!” powiedział. „Stary Hans Urech musi odejść.”

Hans Urech urodził się tu, wydoroślał i również się zestarzał; wiele tu wycierpiał, ale zaznał też dużo szczęścia. Teraz musiał ten dom opuścić i zamienić go na małe ciasne mieszkanie w mieście. Zamiast rozległego, słonecznego gospodarstwa, ma teraz codziennie patrzeć na wąską, zatłoczoną uliczkę. Będzie miał teraz tylko stół, przy którym będzie jadł i łóżko, w którym będzie spał.

Przed domem natknął się na mojego ojca. „Życzę szczęścia”, powiedział „kupiłeś bardzo dobrą ziemię. Nigdy bym jej nie sprzedał, ale mój syn zapragnął zmiany. No to będziemy mieli zmianę…”

Odwrócił się i poszedł a ich wóź zniknął zaraz za drzewami.

Gdy minął rok, prawie dokładnie w tym samym czasie starzec znowu się u nas zjawił. Przyszedł w odświętnym, czarnym ubraniu, prawdopodobnie w najlepszym jakie posiadał. Tak jak przed rokiem o tej porze, słońce mocno świeciło, a wszystkie drzewa i krzewy przystrojone były pąkami i kwiatami.

Był niedzielny poranek. Sędziwy gość na pewno był zmęczony wędrówką, ale tylko na chwilę usiadł na pagórku za domem. Stamtąd widać było całą ziemię, która do niego niegdyś należała. Potem podniósł się i obszedł powoli cały majątek. Był na każdym kawałku łąki i pola; nie zapomniał o żadnym zakątku. Drzewa pozdrawiał jak dobrych znajomych, dotykał ich gałęzi, tak jak wyciąga się rękę do drugiej osoby. Wiele z nich sam posadził – wyszukiwał w lesie dzikie drzewka, wsadzał do dobrej ziemi i szczepił szlachetnymi odmianami. Inne zasadził jego ojciec, a pozostałe dziadek. Dlatego znał je wszystkie bardzo dobrze od lat; wiedział już wiosną, jakie wydadzą tego roku owoce.

Na łące z dziecięcą radością zerwał kilka kwiatów, przypominając sobie dawne czasy. To były te same kwiaty, które tak lubił, a z których często robił bukiet dla mamy, będąc jeszcze małym chłopcem.

Zatrzymał się też nad strumieniem. Nie mógł odmówić sobie tej przyjemności – odsunął kilka kamieni, żeby zobaczyć, czy raki jeszcze tam mieszkają. Były, wyciągnął jednego z wody i dał się nawet uszczypnąć w palec. Potem ostrożnie włożył go z powrotem do wody. Kiedyś tak nie robił. Jak był mały zanosił raki do domu, a mama piekła je w mące i w maśle. I nagle ten smak pojawił mu się w ustach. „Podniebienie też ma pamięć”, pomyślał „a było to tak dawno…”

Poszedł również na wzgórze z winogronami. To była jego duma i wielka miłość. Sadzili je wspólnie z ojcem i przez lata musieli o nie bardzo dbać, bo ziemia w tym miejscu nie była najlepsza. Doczekali się jednak pięknych krzaków i soczystych owoców. Sąsiad też próbował pójść za ich przykładem, ale nie udało mu się, to nie było łatwe.

Ze wzgórza oglądał jeszcze raz przez dłuższą chwilę całe gospodarstwo. Patrzył na łąki, pola i na budynki. Pomyślał wtedy: „To jest i jednocześnie nie jest mój dom rodzinny, moja ojczyzna; jestem jak stare drzewo wyrwane z ziemi przez wiatr.”

Podniósł się i poszedł szybkim krokiem w kierunku domu; musiał iść do ludzi, musiał z kimś porozmawiać. Zastukał do drzwi wejściowych a ojciec zaprosił go do środka. Zjadł z nami a potem mówił o drzewach i winogronach, udzielał rad, jak się nimi opiekować.

„Zobaczycie, ile będzie jabłek w tym roku. Nie zapomnijcie tylko w porę podeprzeć gałęzi. Winogrona należy w przyszłym roku krócej przyciąć – w górach wymagają one innego traktowania niż na dole, w dolinie.”

Siedzieliśmy tak długo, a on mówił o wszystkim, co rosło na naszej ziemi. Z każdego słowa biło wielkie przywiązanie do pola, łąki, do sadu i do domu, w którym teraz mieszkaliśmy. Od tego dnia zaczęliśmy to miejsce inaczej postrzegać niż wcześniej. Gdy zaczynało się ściemniać Hans Urech wstał od stołu, pożegnał się i udał się w drogę powrotną w dużo lepszym nastroju.

„Możesz przyjść znowu, jak będziesz chciał” – krzyknął za nim ojciec. I tak się stało. Przyszedł w następnym roku o tej samej porze i również przez kilka kolejnych lat nas odwiedzał, a każda wizyta była podobna do poprzedniej.

Raz jednak zjawił się Hans Urech, ku naszemu zdziwieniu jesienią. Do tej pory, mimo podeszłego wieku, trzymał się prosto, teraz jednak jego plecy były zgarbione, a twarz wydawała się o 10 lat starsza niż wiosną. Nie poszedł do swoich drzew lecz przyszedł od razu do domu. Usiadł za stołem i zamiast wesoło gawędzić jak zwykle, siedział w milczeniu. Widać było, że coś go gnębi.

Po dłuższej chwili zaczął mówić: „Przyszedłem właściwie, żeby się z wami pożegnać, tym razem jednak na zawsze. Mój Rudolf chce do Ameryki; jego zięć namówił go do tego. Za osiem dni wyruszamy a ja stary człowiek muszę płynąć za morze, do obcego kraju, gdzie wszystko jest inne i gdzie się nawet mówi inaczej. Co na to powiecie? Czym sobie zasłużyłem, że przed moją ostatnią podróżą muszę jeszcze taką podróż odbyć?”

Siedział, jakby oczekiwał współczucia, ale nikt z nas nie potrafił tego głośno powiedzieć: „Co za niegodziwość – wlec starca ze sobą do Ameryki, po tym jak najpierw został zabrany ze swojego domu na wsi do zatłoczonego miasta.”

Ponieważ nikt nic nie mówił odezwał się znowu: „Tak więc chciałem się pożegnać, ale po drodze przyszło mi coś do głowy, tylko nie wiem, jak mam to powiedzieć.” I rzeczywiście, nie mógł z siebie wydobyć słowa, siedział ze spuszczoną głową, pot pokazał mu się na czole, widzieliśmy, że się męczy. Wtedy odezwał się mój ojciec: „Chciałeś pewnie zapytać, czy możesz z nami zostać? Oczywiście, że możesz. Jak tylko długo zechcesz. „

Widać było, że spadł mu kamień z serca. Wstał wyciągnął rękę do ojca, potem do mamy, a później do każdego z nas mówiąc: „Na pewno nie będziecie tego żałować.”

I nigdy tego nie żałowaliśmy. Hans Urech nie mógł już pracować tak jak my, ale poczuliśmy, jakby jakaś nowa energia pojawiła się w naszym domu. Mieliśmy też wrażenie, że wszystko lepiej rośnie pod jego opieką i pod jego wzrokiem. Okazało się, że jego doświadczone, troskliwe oczy są więcej warte niż silne ręce.

Dla nas dzieci był jak mówiąca, łatwa w zrozumieniu książka. Ani las, ani łąka czy pole nie miały przed nim tajemnic. Wiedział wszystko o uprawach, o ptakach i zwierzętach, także o pogodzie i o porach roku. Dużo się od niego dowiedzieliśmy. Zawsze powtarzał: „Nie idź w świat, nie znajdziesz tam nic lepszego”. Nie posłuchałem go, ale mimo to stary Hans Urech na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

Pewnego dnia nie było go już z nami; zgasł nocą podczas snu, nie chorując wcześniej. Dopiero wtedy przekonaliśmy się, jak bardzo przyzwyczailiśmy się do odgłosu jego powolnych kroków w naszym domu.

Na podstawie opowiadania Jakoba Boßharta

Obraz Hansjörg Keller z Unsplash

Dodaj komentarz